Myślicie, że znowu będzie o golfie?
No, trochę będzie, bo nie da się ukryć, że jestem lekko zakręcony na tym punkcie i marzę, żeby was wszystkich też wkręcić w uprawianie tej kapitalnej gry.
Ale skąd ten tytuł?
To proste: białe kuleczki, bo choć piłeczki do golfa są w różnych kolorach, to w większości są białe, a sześć główek Lenina to jedna z moich ulubionych piosenek Elektrycznych Gitar i Kuby Sienkiewicza.
Co łączy białe kuleczki i główki? Oczywiście golf.
Bo golf to taka gra towarzyska, podczas której poznaje się mnóstwo wspaniałych i ciekawych ludzi, a czasem słyszy się też zadziwiające opowieści.
Dziś więc będzie o nietuzinkowych ludziach, a w zasadzie o jednym „ludziu”, czyli koledze, który pomyślał niestandardowo i stoi na progu gigantycznego sukcesu oraz o główkach, czyli nieprzewidywalności życia i zaskakującej historii.
A zatem po kolei:
Jacek to człowiek, który odniósł sukces. Ma piękną i mądrą żonę, prawie dorosłe już dzieci, dom pod Warszawą, apartament na Costa del Sol, dobrze zorganizowaną i przynoszącą niezłe profity firmę, słowem – ustabilizowaną pozycję rodzinno-społeczno-biznesową. Nie wiem, czy zaczęło wiać nudą, czy trafił na właściwych kolegów, czy któregoś dnia spróbował golfa i po prostu się wciągnął, ale stał się golfistą. Nie jakimś radykałem, nie rzucił pracy, nie zaczął sypiać z kijami golfowymi. Polubił tę grę, rywalizację i siłą rzeczy zaczął jej – jak każdej pasji – poświęcać trochę czasu, a może nawet trochę więcej niż trochę. Żona spróbowała, nie pokochała (choć wszyscy liczymy, że to się jeszcze kiedyś zmieni) i z lekkim dystansem obserwowała nowy rozdział w życiu męża.
Czas płynął powoli i do tej pory najstarsi górale zadają sobie pytanie, czy momentem zwrotnym były sukcesy biznesowe kolegów, czy zmniejszające się przychody firmy Jacka, czy ambicja żony, czy narastająca dysproporcja czasu poświęcanego przez niego firmie i rywalizacji z przyjaciółmi na polach golfowych, a może coś jeszcze innego? Fakt jest jednak taki, że niewiele ponad cztery lata temu żona wzięła męża na poważną rozmowę i niby od niechcenia rzuciła: „Może wziąłbyś się do roboty? Siądź, pomyśl i zrób jakiś nowy, fajny biznes, najlepiej dochodowy”. Jacek, człowiek niezwykle miły, sympatyczny i wcale nie stroniący od pracy z wrodzoną sobie uprzejmością zareplikował: „Jasne, czemu nie? Masz jakiś pomysł?”. „Mam”, odpowiedziała żona, „ślimaki”. „O, super!”, odrzekł Jacek, „ale czemu ślimaki?”.
„Proste”, wytłumaczyła mu żona, „Polska ślimakami stoi, Francuzi i Hiszpanie je uwielbiają, więc czemu nie?”/ „Aha”, rzekł Jacek, „a wiemy coś o tym?”. „Oj, nie marudź”, krótko skwitowała żona, „rozeznaj temat i bierz się do roboty”.
Pieniądze były, pomysł był, cóż więc stało na przeszkodzie, żeby się wybić na znaczącego producenta ślimaków?
Jacek trochę popytał, trochę pogrzebał w internecie, kupił 100 ha na Mazurach, postawił halę i na dzień dobry zamówił 200 ton ślimaków, żeby mieć z czym zacząć hodowlę.
Polska jest liczącym się w świecie producentem tego, dla niektórych przysmaku, a dla niektórych obrzydlistwa, które w eleganckich restauracjach nazywa się escargot.
Producentów jest kilkudziesięciu, ale prym wiedzie 4-5 eksportujących 60-80 ton rocznie.
Mój kolega „kulawym” nie jest i jak się za coś bierze, to porządnie i z rozmachem.
Postawił zakład, jak się patrzy i zadowolony z siebie pojechał do Hiszpanii na Dzień Ślimaka. W tym roku wypada on 24 maja, a z okazji tego święta odbywają się targi producentów i eksporterów. Poznał tam prezesa hodowców hiszpańskich, zaprzyjaźnił się z nim i zaprosił go do Polski. Hiszpan zaproszenie przyjął i przyjechał do nas do kraju, gdy pod czujnym okiem pracowników i ich szefa „fabryka” działała już pełną parą. Przyjechał, popatrzył i kopara mu opadła, bo – jak napisałem – kiedy Jacek się za coś bierze, to robi to na 150%. Tak było i w tym przypadku. Zakład był najnowocześniejszy na świecie. Automatyczne zraszanie, samoczyszczące się taśmy, precyzyjna regulacja temperatury i wilgotności sterowana komputerowo itp.
Duży wkład w technologię miał nasz wspólny kolega Andrzej.
On z kolei wraz z bratem uprawiają pomidory. Wielkie mi mecyje – hodowla pomidorów – mógłby ktoś powiedzieć. Może tak, może nie, ale jak ma się pod szkłem 20 ha, do produkcji nie używa się żadnych nawozów, a kontrola produkcji jest nie gorsza niż w NASA i całość zbiorów na pniu idzie na rynki zachodnie, głównie do Holandii, gdzie mają „trochę” wiedzy i doświadczeń z hodowli kwiatów i warzyw, to o czymś to świadczy. Holendrzy – niedowiarki – niczego nie kupują w ciemno. Przysyłają kontrolę za kontrolą (czasem 2-3 razy w miesiącu), ale potem cmokają z zachwytu i płacą, ile się należy.
Andrzej, też golfista i to całkiem niezły, razem z żoną Iwcią są przeuroczymi ludźmi z sercem na dłoni. Te pomidory to też w zasadzie wyszły trochę przypadkiem, bo wcześniej mieli z bratem inne pomysły na życie: to hurtownia alkoholi, to deweloperka, to warzenie piwa itd.
Mieszkają sobie na Mazurach, pod Olsztynem, w którym są zakochani, i jak Jacek zwrócił się do nich o pomoc przy budowie swojego zakładu koło Gołdapi, to dostał pełne wsparcie.
Pisałem przecież już kiedyś, że golf zbliża ludzi.
„Fabryka” ślimaków Jacka ruszyła z początkiem 2017 roku.
Nie odbyło się bez wpadek, bo kiedyś padło im naraz 9 ton żywego produktu.
Niezrażony jednak niczym mój kolega ruszył wraz z żoną w trasę po Europie, odwiedzając różnych dużych producentów i wespół w zespół doszli do wniosku, że wstydzić nie mają się czego.
W pewnym momencie jednak Jacek wziął do ręki kalkulator i zaczął liczyć, co oni z tych ślimaków będą mieli. Jak by nie liczył, czy od przodu, czy od tyłu, bardziej lub mniej optymistycznie, to ciągle mu wychodziło, że kokosów na tym nie zrobią.
No i wtedy geniusz jego żony dał znać o sobie po raz drugi (mimo tego, że nie gra w golfa). „Jacek”, powiedziała, „dajmy sobie spokój z tymi ślimakami, bo to no future. Przecież hodując krowy, lepiej robić super wołowinę, taką Kobe na przykład, niż koncentrować się na produkcji mleka. Zacznijmy produkować… kawior.
Kawior to tak naprawdę solona ikra z ryb jesiotrowatych (najlepszy jest z bieługi, jesiotra zachodniego lub siewrugi) – to kawior czarny.
Z łososiowatych jest kawior czerwony, znacznie tańszy i dużo mniej ceniony.
Okazuje się jednak, że istnieje również kawior biały – produkowany z jajeczek ślimaków. I w tę stronę moi przyjaciele zdecydowali się pójść.
W połowie 2017 roku przestali produkować ślimaki i skoncentrowali się na białych kuleczkach.
Wolno żyjące ślimaki, jak natura każe, raz w roku szukają sobie partnerki i po błyskawicznym dopadnięciu wybranki okazują jej swoją miłość.
Naturę można jednak oszukać i regulując temperaturę, natężenie światła i inne czynniki, spowodować, że biedne samczyki 8-9 razy do roku myślą, że właśnie nadeszła wiosna i zaczynają kopulować jak oszalałe.
Produkt więc już był, a teraz należało się zająć marketingiem, reklamą i sprzedażą.
Powstało piękne opakowanie, filmy reklamowe i przyjaciele zaczęli się rozglądać za zbytem.
Największym producentem białego kawioru są Francuzi, tam też jest najbardziej popularny, choć inne rynki, gdzie jest znany i ceniony, to USA, Japonia, bogate kraje arabskie i zachodnia Europa.
Duża firma we Francji wytwarza około 500 kg rocznie, a moi przyjaciele mogą produkować 200 kg miesięcznie.
Nie na tym jednak główny myk polega.
Otóż jajeczka ślimaków posiadają naturalną chitynową osłonkę (z niej powstaje później muszelka), która powoduje, że kawior jest dość twardy. Należało więc wymyśleć patent na pozbycie się tej osłonki. Jacek z żoną poszli po rozum do głowy i nawiązali współpracę z kilkoma ośrodkami naukowymi w Polsce. Trochę wysiłku, kilka prób i rozwiązanie się znalazło.
I tak dwoje Polaków stało się nie tylko jednymi z największych producentów białego kawioru na świecie, ale przede wszystkim jednego z najlepszych jakościowo.
Możemy być dumni? Możemy!!!
Kawior znany jest na całym świecie od lat.
Zajadali nim się rosyjscy carowie, perscy szachowie i, w miarę upływu czasu, zwykli ludzie, choć ta delicja nie jest tania.
1 kg kawioru z łososia (czerwonego) może kosztować nawet 500 €.
1 kg kawioru z jesiotrowatych (czarnego) nawet 4000 €.
1 kg kawioru ze ślimaków (białego) do 3600 €.
Hm, no to policzmy: marża hurtowni, a potem sklepu czy restauracji to pewnie 50-60%, koszty produkcji (przecież ślimaki też muszą mieć coś życia, poza jedzeniem) niech stanowią kolejne 10%. Wychodzi, że 1 kg można sprzedać za 1000 – 1200 € x 200 kg miesięcznie x 12 miesięcy w roku x 4,3 zł za 1 €….
Nie wychodzi najgorzej J
Kawior jest zdrowy, niskokaloryczny, a niektórzy uważają go za afrodyzjak.
Z czym najlepiej smakuje biały kawior? Sprawdza się jako szlachetny dodatek do łososia, do tatara, ale przede wszystkim pasuje do placków ziemniaczanych.
W Polsce jest ciągle mało znany. Można go skosztować w restauracji Sowy, a ponoć już niedługo pojawi się w Amber Roomie w Pałacyku Sobańskich.
W Burji Khalifa w Dubaju, w restauracji Armani/Hashi porcja białego kawioru kosztuje 1000 $.
Gotówka na start, nawet jak trzeba się podeprzeć kredytem bankowym, jest nieodzowna, ale pomysł, wiara, determinacja i wykonanie – są bezcenne.
I czy pan premier Morawiecki będzie nam obiecywał milion samochodów elektrycznych w niedalekiej przyszłości, czy nie będzie, to my i tak sobie poradzimy, jeśli będą wśród nas tacy ludzie, jak Jacek czy Andrzej i ich żony!
A teraz o główkach.
W piosence są Lenina, a w życiu okazały się chińskie. Z dynastii Ming.
Pod Krakowem, w Paczółkowicach, jest piękne pole golfowe: Kraków Valley Golf & Country Club. Grywam tam, choć na pewno za rzadko, bo to nie tylko fajne pole, ale dodatkowo, czasami, przy ładnej pogodzie, widać odległe o 100 km Tatry. Widok za milion dolarów. Mam też w Krakowie i okolicach paru dobrych klientów, więc nic dziwnego, że mam tam też dużo przyjaciół.
Pewnego dnia, a działo się to ze dwa lata temu, jeden z nich, znany profesor radiologii, w czasie spotkania spytał mnie, czy ciągle pracuję dla paru firm chińskich, importując sprzęt medyczny z Państwa Środka. Odpowiedź z mojej strony była pozytywna, więc profesor zapytał, czy mógłbym się spotkać z rektorem Uniwersytetu Rzeszowskiego, bo przypadkiem weszli w posiadanie jakichś starożytnych eksponatów muzealnych z Chin i potrzebują kontaktów. Tak też się stało i przy najbliższej okazji zadzwoniłem do wskazanej osoby, że przyjeżdżam do Rzeszowa.
Pełnomocnik Rektora odebrał mnie osobiście z lotniska i pojechaliśmy do Jego Magnificencji. Pan Rektor podjął mnie dobrą kawą i po wymianie uprzejmości wskazał na stojące na półce dwie kamienne główki naturalnej wielkości. „Widzi pan?”, zapytał. „Widzę”, odrzekłem zgodnie z prawdą. „Właśnie”, powiedział pan rektor i, zwracając się do siedzącego obok pełnomocnika, powiedział: „Proszę opowiedzieć historię naszemu gościowi”.
Brzmiała ona mniej więcej tak:
Uniwersytet Rzeszowski utrzymuje kontakty naukowe z jednym z uniwersytetów w Chinach. Siłą rzeczy co pewien czas odbywają się wymiany naukowe – a to polscy pracownicy jadą do Chin, a to z Chin przyjeżdżają do Rzeszowa. Kultura i nawiązane kontakty, a czasem nawet przyjaźnie powodują, że w dni wolne od pracy pokazuje się przyjezdnym okolicę, oprowadzając po mieście, zabytkach, a czasem prozaicznie – po sklepach. Jakiś czas temu gościła u nas kolejna delegacja pracowników naukowych z Chin. Zaprzyjaźniłem się z jednym z nich i którejś niedzieli poszliśmy sobie we dwójkę na spacer po Rzeszowie. W pewnym momencie weszliśmy do sklepu z pamiątkami, Chińczyk stanął jak wryty i zaniemówił na dobre parę minut. Jak doszedł do siebie, to wskazał na stojące na półce kamienne główki i zapytał: „Co to jest?”.
Przyjrzałem się główkom i nie widząc w nich nic ekscytującego, zagadnąłem sprzedawcę, zadając mu identyczne pytanie. Sprzedawca obejrzał się leniwie i powiedział: „A, chodzi o te główki? Sam nie wiem. Historia jest taka, że jakiś facet handlował z Chińczykami dżinsami. Któregoś razu zamówił towar, zapłacił, a dostał tylko część zamówienia. Upominał się o swoje dobre pół roku i w końcu Chińczycy z przeprosinami za zwłokę przysłali ma zamiast zwrotu gotówki czy dżinsów dziewięć kamiennych główek i dwóch rycerzy, naturalnej wielkości. Facet się wkurzył, bo po groma mu jakieś kamienne główki, które dodatkowo były zaadresowane do jakiegoś odbiorcy we Francji i prawdopodobnie omyłkowo trafiły do niego. Zerwał z Chińczykami kontakty, a główki i rycerzy wsadził do piwnicy, bo nie bardzo miał pomysł, co z nimi zrobić. Minęło chyba pół roku i żona urządziła mu awanturę, że zagracił całą piwnicę i żeby natychmiast wywalił te kamienne okropieństwa. Przyszedł więc do mnie i sam nie wiem jak, ale namówił mnie do kupna tego badziewia po 500 zł za sztukę. Rycerzy sprzedałem jakieś miesiąc temu po 1500 zł, a główki tak tu stoją i czekają na klienta. Wyszliśmy z moim kolegą z Chin ze sklepu i pytam, o co chodzi, a on na to, że może się myli, a może to są oryginalne głowy chińskich wojowników z dynastii Ming z przełomu XIV i XV w.”.
Historia wydała mi się mocno nieprawdopodobna, ale pomyślałem, że warto kupić jedną główkę i dać ją do badania. Tak też zrobiłem, choć początkowo rektor bardzo się wzbraniał przed wydaniem zgodny na zakup. Udało mi się jednak go przekonać i zamiast jednej kupiliśmy trzy – na rachunek Uniwersytetu. Jedna poleciała do Chin, jedna do muzeum w Warszawie, a trzecia do badania rezonansem i tomografem do pana kolegi do Krakowa. Pozostałe w sklepie główki zarezerwowaliśmy i w napięciu czekaliśmy na wyniki badań i oględzin. Suma summarum okazało się, że mamy trzy oryginale kamienne głowy sprzed kilkuset lat. Wartość trudno oszacować, bo nie ma ich na rynku, ale specjaliści uważają, że każda z nich jest warta nie mniej niż milion dolarów, a rycerze pewnie powyżej dwóch milionów za sztukę. Natychmiast więc kupiliśmy pozostałe główki po pięćset parę złotych za sztukę i teraz chcemy pana pomocy. Otóż nie chcemy ich sprzedawać, tylko chcemy zwrócić prawowitym właścicielom, czyli do muzeum w Pekinie albo Szanghaju, ale w zamian chcielibyśmy dostać na przykład tomograf komputerowy do badań naukowych, a że pan handluje z Chińczykami, to pomyśleliśmy, że pan nam w tym może pomóc.
„Rozumiem”, powiedziałem, „a gdzie są rycerze?”
„Tego nie wiemy”, padła odpowiedź, „podejrzewamy, że kupił je ktoś spod Rzeszowa i stoją sobie w jakimś ogródku przy domu. No wie pan, u sąsiada dwa krasnale, a tu dwaj kamienni rycerze”.
Jak się skończyła cała historia, nie wiem, straciłem kontakt z władzami uczelni.
Wiem natomiast, że paru moich kolegów poważnie się zastanawiało, czy nie wziąć urlopu i nie pojechać na miesiąc czy dwa do Rzeszowa, pojeździć sobie po okolicy w poszukiwaniu kamiennych rycerzy, których właściciel pewnie nawet nie zdaje sobie sprawy z wartości tego, co stoi u niego na podwórku.
Tak to z tym golfem bywa.
Poznaje się ciekawych, interesujących ludzi, słyszy się różne dziwne, a czasem fascynujące historie.
Grajcie więc w golfa, bo golf jest fajny i jest trendy.
Pozdrawiam
Pasyn