To właśnie szkoccy pasterze owiec, pewnie trochę z nudów, a może też z myślą o przyjacielskiej rywalizacji, leżąc i gapiąc się raz na owieczki, a raz na niebo wymyślili tę grę.
Wykopali w ziemi parę dołków, przysposobili znalezione gałęzie, tak żeby miały formę łopatki na końcu, zrobili kulkę ze skóry, wypełnili ją w środku trocinami i powiedzieli do siebie: kto trafi piłeczką do dołka mniej razy w nią uderzając, ten wygrywa.
Minęło trochę czasu. Zmagania pasterzy podpatrzył pewnie któryś z właścicieli zwierząt będących naturalnymi producentami wełny, a może też paru notabli czy innych szlachetnie urodzonych i ani się kto obejrzał, a gra trafiła na „salony”.
Trudno powiedzieć, że grają w nią dziś gentlemani, bo jak podaje Wikipedia: „W swym pierwotnym i ścisłym znaczeniu pojęcie to określało mężczyznę z dobrej rodziny, po łacinie gentilis. W tym znaczeniu słowo jest równoważne francuskiemu gentilhomme („szlachcic, arystokrata”), którego użycie w Wielkiej Brytanii długo ograniczało się do mężczyzn posiadających godność para – szlachty właściwej objętej zasadą wzajemnej równości.
Na podstawie „Polskiego Kodeksu Honorowego” Władysława Boziewicza z 1919 roku, który uznawał kategorie „człowieka honoru” i „dżentelmena” za równoznaczne, można określić polską wizję tego wzorca: jest to mężczyzna odznaczający się nienagannymi manierami, nieposzlakowanym imieniem i uznawaniem honoru za najwyższą wartość. Musi być pełnoletni, niezależny i posiadający przynajmniej średnie wykształcenie. Jego przymiotem jest męstwo, czyli zdecydowanie, odwaga i waleczność.
Powinien być zawsze gotów do udowodnienia swych zalet w pojedynku. Oskarżenie o tchórzostwo jest dla niego jedną z najbardziej dotkliwych obelg. Do obowiązków dżentelmena należy również obrona kobiet. Mężczyźni niewalczący o dobre imię niewiast byli skazani na ostracyzm. Od dżentelmenów wymagano także odpowiedniego prowadzenia się w przestrzeni publicznej. Szczególnie zwracano uwagę na zachowanie pod wpływem alkoholu i brak poważniejszych konfliktów z prawem.
Czemu więc napisałem, że golf to gra gentlemanów?
Bo tak jest, i choć część pojęć i określeń związanych z gentlemanem się zdezawuowała, to te dotyczące stosunku do kobiet, zachowania publicznego i przestrzegania prawa są aktualne i ponadczasowe. A golf jest właśnie taką grą, gdzie uczciwość, poszanowanie zasad, przestrzeganie reguł, stosowanie etykiety jest out of the question!
Dziś w golfa grają wszyscy: mechanicy, barmani, kierowcy taksówek, inżynierowie, lekarze, prawnicy, biznesmeni, członkowie rządów z prezydentami na czele, a nawet koronowane głowy, nie mówiąc o aktorach, piosenkarzach, emerytach i dzieciach.
Coś więc musi być w tej grze, że uprawia ją ponad 150 mln ludzi na świecie, bez względu na status materialny, płeć, wykształcenie, wiek, zawód i posturę ciała.
OK, a co z pasterzami?
Rzecz ciekawa – choć gram w golfa już ponad 16 lat i z niejednego pieca chleb jadłem, czyli grałem w wielu krajach na świecie, na setkach pól i często zadawałem partnerom pytanie o ich zawód, nigdy nie natrafiłem na grającego pasterza.
Może za rzadko jeżdżę do Szkocji? A może oni, pasterze, się obrazili, że im ukradziono pomysł na grę i na złość mamie, jak to mówi przysłowie, całkiem zarzucili tę dyscyplinę?…
Może więc prawdziwych pasterzy i prawdziwych gentlemanów w golfie już nie ma,
tak jak dziś prawdziwych cyganów już nie ma, o czym onegdaj śpiewała wiecznie młoda Maryla Rodowicz.
Przez większość część swego życia, a mam już swoje lata, uważałem, jak pewnie większość z was, że trzeba być kretynem, snobem lub niepełnosprawnym – fizycznie czy umysłowo – żeby chodzić z kijkiem po trawie i starać się wcelować małą, białą piłeczką do dołka, tocząc ją po przystrzyżonej trawie, zwanej greenem. Ani to sport, ani rekreacja, ani tym bardziej przyjemność, tłumaczyłem sobie i swoim znajomym, zadufany we własne zdanie.
Na swoje szczęcie – tak teraz mogę powiedzieć – poznałem jednak paru zapaleńców golfa i moje podejście do tej dyscypliny uległo zasadniczej zmianie.
Pierwsze próby nie były specjalnie udane, a nawet wręcz mało przyjemne. Zrządzeniem losu trafiłem w końcu i przypadkiem do trenera, który w naszym, golfowym języku, nazywa się Head Pro. Trochę na siłę wyciągnął mnie na driving range (to miejsce, gdzie się trenuje, uderzając piłki różnymi kijami), żebym pokazał, co potrafię. Po godzinie przyszła moja żona, zaniepokojona i zapytała, czy coś się stało, bo mieliśmy tam być kwadrans. „Nie przeszkadzaj”, burknąłem, choć na co dzień jestem całkiem miłym i sympatycznym człowiekiem. „Nie widzisz, że trenuję?”.
Make long story short – następnego dnia zamówiłem kije golfowe, cały zestaw, wraz z torbą i tak rozpocząłem przygodę z golfem, która trwa do dziś.
Challenge, polegający na poprawianiu swoich rezultatów (liczby wykonanych uderzeń na polu golfowym w czasie jednej rundy), stopniowo zamienił się w pasję, potem w way of life, a jeszcze potem w pomysł, żeby zagrać w życiu na jak największej liczbie pól golfowych na całym świecie.
Dość konsekwentnie realizuję ten plan od ładnych paru lat. Do dziś zagrałem na 490 różnych polach golfowych, w 47 krajach. Mam szczerą nadzieję, że uda mi się jeszcze w tym roku przebić magiczną granicę 500 pól i prostą drogą, step by step, dojść stopniowo do 1000!
Wariat? Może trochę… Ale czy pasję można nazwać wariactwem?
Zacząłem pisać felietony do różnych magazynów. Wydałem książkę: „Golf to moja pasja.” Druga powinna się ukazać na rynku w 2021 roku. Krótko mówiąc – postawiłem sobie jasny cel: propagować golfa. Tłumaczyć, o co chodzi w tej grze. Zachęcać innych do uprawiania tej dyscypliny. Pisać tak, żeby ludzie nie myśleli, że golf to gra dla snobów, elit, emerytów i bogaczy, tylko dla wszystkich. Nie dlatego, albo nie tylko dlatego, że to sport przez duże S, ale dlatego, że to zdrowa rywalizacja, rekreacja, odpoczynek, relaks, kontakt z naturą, możliwość poznania wielu nowych, wspaniałych ludzi, pomysł na życie, na zwiedzanie świata, przygoda i w pewnym sensie pomysł na życie.
Kieruję te słowa nie do byle kogo, tylko do was, szanowni czytelnicy „Elle Man”.
Jesteście crème de la crème. Czytacie o modzie, trendach, ciekawych ludziach, wydarzeniach, kulturze, designie. Jeśli was, po tym felietonie, nie zarażę swoją pasją, nie namówię na golfa, choćby na spróbowanie, to zacznę poważnie rozważać seppuku.
Nie lubię słowa elity. Ciągle ma ono u nas w kraju negatywne konotacje. Ale prawda jest prosta, banalna i brutalna: to elity, i to obojętnie jakie: kulturalne, sportowe, modowe, intelektualne, wyznaczają kierunki. Jeśli wy zaczniecie grać w golfa, jeśli zaczną to robić wasze żony, dzieci, przyjaciele i znajomi, za wami pójdą inni.
Będę więc z uporem maniaka i za zgodą miłościwie panującego naczelnego, zachęcał was do uprawiania tej jakże wspaniałej gry. Będę opowiadał o golfie, o pięknych polach, podróżach, przygodach, ludziach, których poznałem – ciągnąc z mozołem po trawie ciężki wózek wyładowany kijami golfowymi i mnóstwem innych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy.
No to po kolei.
Historia:
Pomimo tego, że zdania są podzielone, jak w czasie głosowania w naszym sejmie, to Chińczycy (jak to Chińczycy, którzy chcą być numerem 1 na świecie i na pewno już niedługo będą) twierdzą, że golfa wymyślili oni. W książce Dongxuan jej autor Wei Tai opisuje grę chuiwan, której zasady rzeczywiście przypominały te rządzące współczesnym golfem. Miało to miejsce za czasów dynastii Song, około 1000 roku n.e. Holendrzy z kolei twierdzą, że kolebką golfa jest Holandia, gdzie już w 1297 roku odbijano kijami skórzaną piłeczkę, choć nie do dołka, tylko do tarczy, a wygrywał ten, kto uderzył mniejszą liczbę razy. Może to i prawda, bo słowo „golf” pochodzi od holenderskiego słowa „kolf” oznaczającego laskę, maczugę, kij.
Nijak to ma się jednak do zasad współczesnego golfa, które ustanowili Szkoci. I nie ma co do tego wątpliwości!
Podobno już w XV wieku parlament Szkocji oficjalnie, na dość krótko jednak, zakazał gry zwanej „golf”. Niektórzy jednak twierdzą, że zakaz dotyczył podobnych rozgrywek, zwanych „shinty”, bardziej przypominających współczesny hokej na trawie. Udokumentowanym faktem jest jednak, że królowa Szkocji, Maria I Stuart, grała w golfa w 1567 roku, a pierwsza zachowana informacja o grze datowana jest na drugi marca 1672 roku i pochodzi z pola Musselburgh Links, The Old Golf Course, w Szkocji, na wschód od Edynburga – to najstarsze, czynne do dziś, choć tylko dziewięciodołkowe pole na świecie.
Tak czy inaczej, współczesne reguły gry w golfa zostały opisane przez najstarszy klub golfowy na świecie, założony 14 maja 1754 roku – The Royal and Ancient Golf Club of St. Andrews. Po dziś dzień klub ten opisuje, ustanawia i modyfikuje reguły gry w golfa, choć od pewnego czasu czyni to wspólnie z USGA (United States Golf Association). Pole The Old Course w St. Andrews jest absolutną mekką dla wszystkich golfistów na świecie.
Teraz powinienem opisać wam zasady gry, wytłumaczyć, jak wygląda pole golfowe, co to jest par dołka i par pola, a na końcu zaznajomić z regułami i etykietą, ale tego nie zrobię – przyjdzie na to czas, kiedy indziej.
Ci z was, którzy grają w golfa – jestem pewien, że tacy są – wiedzą to doskonale. Ci, którzy przygodę z golfem dopiero zaczną – nie muszą teraz mieć tej wiedzy.
Ważniejsze, wydaje mi się, jest powiedzenie wam, dlaczego ja i jeszcze wiele milionów ludzi na świecie zmieniło swoje podejście do tej gry.
Powodów jest tak wiele, że, prawdę mówiąc, nie wiem, od czego zacząć: od kasy? przyjemności i radości z gry? ekologii? zdrowia? estetyki? rekreacji? sportu? zen? szacunku? uczciwości?
Money makes a world go round, czyli kasa rządzi światem, jak śpiewała, w kultowym już dziś filmie „Cabaret”, Liza Minnelli w 1972 r. Więc chyba od tego zacznę.
Światem golfowym rządził wtedy Jack Nicklaus, a Tiger Woods musiał czekać jeszcze trzy lata, żeby pojawić się na tym marnym padole. Ale to właśnie on, Afroamerykanin z ubogiej rodziny, przeniósł golfa w inny wymiar. Jego gra, perfekcja, wirtuozeria, popularność (może i kolor skóry?) spowodowały, że dwadzieścia parę lat później nagrody za wygrane turnieje, kasa za jego udział w reklamach poszybowały nie w niebo, a w kosmos. Został pierwszym człowiekiem na świecie, którego zarobki płynące ze sportu przekroczyły miliard dolarów. Science-fiction? Tak i nie, bo pieniądze kwadratowe, ale gdy następnego dnia po wygraniu przez Tigera dużego turnieju kilkadziesiąt tysięcy ludzi na całym świecie biegło do sklepów, żeby kupić taką koszulkę, w jakiej on grał podczas rundy finałowej, a Nike, która go sponsorował i produkował te koszulki, musiał zatrudniać dodatkowych księgowych do liczenia przychodów i zysków, to czemu się tu dziwić. Jeszcze parę lat temu w pierwszej dziesiątce najlepiej zarabiających sportowców było czasem trzech, a czasem pięciu golfistów. Teraz to się trochę zmieniło, bo doszli piłkarze, hokeiści, gracze w baseball, kierowcy F1 i oczywiście bokserzy. Biorąc jednak pod uwagę wiek sportowców – golf nie ma sobie równych. Pokażcie mi, proszę, przedstawicieli innych dyscyplin, którzy po pięćdziesiątce dalej kasują po parę milionów dolarów za sezon, a w golfie – Bernhard Langer, który kończy w tym roku 63 lata, przytulił w 2020 już prawie 900 tys. Nieźle, co?
Macie trochę odłożonej mamony? Myślicie, jak ją zainwestować?
Proste – wyślijcie swoje dzieci do szkółki golfa. Jeśli solidnie popracują przez paręnaście lat, to nawet jeśli się okaże, że nie są wybitnie utalentowane, to i tak będą zarabiać koło miliona dolarów rocznie. Robi wrażenie?
Ta kasa jest jednak zarezerwowana tylko dla zawodowców – professional golfers.
Tylko oni mogą przyjmować nagrody pieniężne. My – amatorzy – musimy się zadowalać pucharami, drobnymi nagrodami rzeczowymi i oczywiście, choć może to najważniejsze – satysfakcją.
Kolejna piękna rzecz w tym sporcie jest taka, że amatorzy mogą grać i rywalizować z zawodowcami. Więcej – mogą z nimi wygrywać. Widzicie siebie na murawie stadionu piłkarskiego, u boku Lewandowskiego na meczu Champions League? Staniecie na wprost Nadala czy Federera czy Igi Świątek na korcie z rakietą w ręku? Pościgacie się na torze F1 z Kubicą? A ja i jeszcze pewnie 100 mln innych golfistów bez problemu wyjdziemy na rundę golfa z Woodsem. Jak z nim jednak wygrać? To proste, bo w golfie jest klasyfikacja brutto i netto. Brutto pokaże rzeczywistą liczbę uderzeń wykonanych podczas gry, netto przeliczy te uderzenia wg handicapu. Wystarczy więc, że Tiger Woods zagra zgodnie ze swym handicapem, który wynosi 0, a ja zagram poniżej swego handicapu i już go mam. I to nie teoretycznie, a
naprawdę, zgodnie z formatem gry: stroke play netto.
No właśnie, ten handicap, w skrócie hcp, jest następną fantastyczną i wyjątkową rzeczą w golfie. Wszyscy zawodowcy mają hcp = 0. Amatorzy mają hcp liczony na podstawie kolejnych wyników zakończonych rund na polu golfowym. Oficjalnie najwyższy hcp amatorów to -36. Ja na dziś mam -13,9. Oznacza to ni mniej, ni więcej tylko tyle, że w kategorii netto mam, mówiąc laickim językiem, prawie 14 uderzeń odjętych od końcowego wyniku. System jest trochę bardziej skomplikowany, bo dodatkowo uwzględnia się trudność pola, ale o tym innym razem.
Wiek, płeć, waga, postura ciała, kondycja fizyczna – jakże ważne rzeczy w innych sportach, w golfie są kompletnie wtórne, choć mam na myśli wyłącznie golf amatorski. Kobiety grają razem z mężczyznami, dzieci z seniorami. Nikogo nie zdziwi, jak drobna, 11-letnia dziewczynka wygra z wysportowanym mężczyzną albo 60-letnia pani pokona ambitnego 19-latka.
Nie ma drugiego takiego aportu na świecie.
Pola golfowe, choć oczywiście nie wszystkie, położone są czasem w nieprawdopodobnie pięknej okolicy: nad morzem, nad jeziorem, w górach, wśród malowniczych łąk czy majestatycznego lasu. Wspaniałe, zapierające dech w piersiach widoki, kontakt z naturą w najczystszej formie, przyroda, dzikie zwierzęta cieszą oczy i duszę. A nawet jeśli tych oszałamiających widoków brakuje, to sama aranżacja pola golfowego: kwiaty, krzewy, kępy drzew, jeziorka, stawy, mostki – jednym słowem architektura zieleni i przestrzeni na polu, może je czynić wyjątkowym. Pomijam przy tym sam design pola – kształt i położenie poszczególnych dołków, który może być wytworem fantazji architekta lub też naturalnie wkomponowywać się w otoczenie. W jednym miejscu dołek skręca w lewo, w innym trzeba zagrać przez wodę, a na kolejnym pokonać strome wzgórze.
Można uprawiać lekkoatletykę, można grać w tenisa lub piłkę nożną. Każde jednak boisko, kort czy stadion, choć może mieć różny kształt zewnętrzny, w środku jest takie samo. A każde pole golfowe jest inne…
No i na koniec lekcja o zasadach, uczciwości, pokorze i nauce przegrywania.
Golf ma to do siebie, że uczy tych wszystkich ładnych spraw. Choć rywalizuję ze wszystkimi biorącymi udział w turnieju amatorskim, a przede wszystkim z ludźmi, którzy grają razem ze mną w jednej grupie, która nazywa się flight (max. do 4 osób), to tak naprawdę gram sam ze sobą. Mój wynik końcowy jest porównywany z wynikami innych graczy, ale aby okazać się lepszym, muszę pokonać samego siebie, swoje słabości, nieudane zagrania, swoją psychikę, bo to jest wpisane w grę takich amatorów, jak ja. Niby rywalizuję z innymi, którzy grają ze mną w jednym flighcie, ale to pozór, nieprawda, ponieważ gram sam ze sobą. Będę od nich lepszy, gdy popełnię mniej błędów. W tenisie zagranie w siatkę czy w aut to przegrany punkt, czasem skutkujący przegraniem gema lub nawet seta. W golfie jedno złe zagranie – do wody, w las, poza teren pola – może skutkować, poza punktami karnymi, serią kolejnych straconych uderzeń. To też jest piękno tej gry, że nie możesz stracić koncentracji, uwagi, nawet na moment, a przejście pola, zgranie osiemnastu dołków, to czasem (w turnieju), ponad pięć godzin skupienia i walki.
W piłce nożnej jest system VAR, w tenisie Hawk Eye, o zwycięstwie na mecie w kolarstwie czy sprincie czasem decyduje fotokomórka. W golfie jest inaczej – musisz sam zadeklarować popełniony przez siebie błąd. Nie ma sędziego, nie ma kamer i tłumów śledzących twoje uderzenia (tak jest tylko na turniejach professionals). Tu wszystko zależy od twojej uczciwości. Czy zdarzają się oszustwa? Jasne, człowiek jest tylko człowiekiem, ale golfiści, środowisko nie akceptują tego. Oszukujesz kolegów, partnerów, mówisz, że zagrałeś pięć uderzeń na dołku, a wszyscy wiedzą, że było ich sześć, poprawiasz położenie swojej piłki, żeby mieć lesze uderzenie, bo myślisz, że inni tego nie widzą, nie przyznajesz się, że dotknąłeś kijem piasku w bunkrze (a tego nie wolno robić) i jeszcze sto innych zabronionych regułami zachowań. Oszukujesz siebie i innych, ale kłamstwo ma krótkie nogi, szczególnie w naszym środowisku. Prędzej czy później przylgnie do ciebie łatka oszusta. Wszyscy będą to wiedzieć i nikt nie będzie chciał z tobą grać.
Mówi się, że jesteś takim golfistą, jakim jesteś człowiekiem – prawym i uczciwym albo oszustem.
I na koniec lekcja pokory. Sukces i porażka są wpisane w nasze życie. Czy nam się to podoba, czy nie. W golfa częściej przegrywasz niż wygrywasz. Może to nie brzmi zachęcająco, ale taka jest prawda. To wielka nauka pokory, że trzeba umieć się z tym pogodzić, nauczyć się z tym żyć i liczyć, że następnym razem będzie lepiej, że się uda i zagrasz porządniej niż poprzednio. Gwarancji nie ma, ale trzeba próbować. I dlatego niepomni wielu porażek, nieudanych zagrań, straconych szans, wracamy po raz kolejny na pole, wierząc, że tym razem efekt nas zadowoli.
To wspaniały sport i rekreacja, którym towarzyszą adrenalina, challenge, wysiłek. Golf wymaga koncentracji, umiejętności godzenia się z prawdą, poszanowania zasad i przestrzegania reguł.
Takim jesteś golfistą, jakim jesteś człowiekiem. Albo odwrotnie.
Coś w tym jest…
Grajcie w golfa, będziecie mieć fun, poznacie wielu wspaniałych ludzi, poznacie smaku sukcesu i przybędzie wam umiejętność akceptacji własnych niedoskonałości.
Pozdrawiam was golfowo!
PASYN